Na początku ważna uwaga – Michał Kramarski nie chciał kupować samojezdnego wozu paszowego wyłącznie na podstawie informacji z katalogu. Do gospodarstwa przyjeżdżały maszyny demonstracyjne kilku producentów i dopiero tutaj – przy własnych silosach, bramach oraz rzeczywistych dawkach TMR-u – mogły pokazać, czy rzeczywiście spełniają jego wymagania.
– Jak maszyna przyjedzie i popracuję nią u siebie, to od razu widzę, czy mi pasuje. Zmierzę, zobaczę, poczuję. Wtedy dużo łatwiej podjąć decyzję niż na podstawie prospektu – mówi Michał Kramarski.
Jeden z testowanych modeli okazał się po prostu zbyt duży.
– Jak ja mam tym na dwa razy z bramy wyjeżdżać, to po co mi taki wóz? Po co te koszty? – wspomina rolnik.
W przypadku innej maszyny zabrakło rozwiązania, z którego nie chciał rezygnować.
– U mnie skrętna oś była podstawą. Przy tych silosach i bramach musiała być – podkreśla.
Takie środowisko pracy jest efektem etapowego rozwoju gospodarstwa. Kilkanaście lat temu w Choszczewie-Kolonii pojawiły się pierwsze betonowe silosy, później powstały kolejne, a wraz z nimi utwardzone drogi i place. Dziś ma to duże znaczenie, ponieważ ciężki samojezdny wóz paszowy każdego dnia pokonuje tę samą trasę między silosami, paszarnią a oborą.
Od 9 m³ do ponad 200 krów
Dziś gospodarstwo obejmuje niespełna 180 ha gruntów własnych i dzierżawionych. Produkcja roślinna jest podporządkowana potrzebom bydła mlecznego. Dużą część powierzchni zajmują kukurydza na kiszonkę, trawy i lucerna, natomiast ok. 20% przypada na zboża przeznaczane głównie na paszę. Stado liczy ok. 210 krów, z czego ok. 180 jest dojonych. Łącznie z młodzieżą obsada zbliża się do 400 szt.
Pierwszy wóz paszowy pojawił się w gospodarstwie w 2005 r. Była to ciągana, pionowa maszyna Sano (Siloking) o pojemności 9 m³, wyposażona w jeden ślimak. Wówczas stado liczyło około 50 szt. W 2016 r. zastąpił ją samojezdny wóz Sgariboldi z poziomym systemem mieszania i zbiornikiem o pojemności 14 m³.
Cechą charakterystyczną tej konstrukcji był układ wyposażony w około 55 noży. Materiał był rozdrabniany szybko i intensywnie, często już podczas przejazdu w kierunku obory.
– Tam praktycznie nie było stania i czekania. Załadowałem, jechałem i można było wysypywać – wspomina gospodarz.
Z czasem problemem przestała być jednak jakość pracy, a stała się nim pojemność. Wraz ze wzrostem stada dla jednej grupy trzeba było przygotowywać więcej niż jeden załadunek.
Dwa pionowe ślimaki i odpowiednie napełnienie
Nowy Strautmann Primus 617 ze zbiornikiem o pojemności 17 m³ oznaczał powrót do pionowego systemu mieszania, tym razem z dwoma ślimakami. Po kilku miesiącach użytkowania Kramarski wskazuje jedną istotną różnicę w porównaniu z poprzednim wozem poziomym – znaczenie stopnia napełnienia zbiornika.
Jak wyjaśnia, w poziomym mieszalniku nie miało większego znaczenia, czy przygotowywał 500 kg, czy 4 t paszy. W pionowym Strautmannie najlepszy efekt uzyskuje przy napełnieniu na poziomie ok. 80–90%.
– Wtedy jest dużo lepsza jakość cięcia. Przy większej grupie robię praktycznie pełny wóz i po drodze wszystko jest już dobrze pocięte – mówi.
Przy mniejszej partii, wynoszącej ok. 3 t, ślimaki nie są już tak dobrze przykryte materiałem. W rezultacie mieszanie trwa dłużej, a efekt cięcia jest słabszy.
Zmieniła się również kolejność załadunku. W poprzednim wozie można było rozpocząć od pasz treściwych wsypywanych do pustej komory. W Primusie takie rozwiązanie nie jest zalecane. Dlatego Kramarski pozostawia na dnie zbiornika słomę lub część materiału objętościowego i dopiero na tę warstwę podaje zboże, premiksy, soję oraz rzepak.
Jakość przygotowanego TMR-u sprawdzają na sitach doradcy żywieniowi. Według gospodarza wyniki są dobre, a mieszanka nie wypada gorzej niż ta przygotowywana wcześniejszym wozem poziomym.
Mniej noży, mocniejsza hydraulika i szerszy frez
Różnice widać również pod względem obsługi. W poprzedniej maszynie dostęp do noży wymagających okresowej wymiany był utrudniony. W Strautmannie nie było jeszcze potrzeby ich wymiany, a sam dostęp do elementów roboczych jest prostszy.
Jeszcze większą zmianę użytkownik dostrzega w hydraulice i układzie pobierania paszy. Nowa maszyna ma szerszy, 2-metrowy frez, inne pompy oraz zmienione przełożenia.
– Jeśli chodzi o pompy i siłę, to w porównaniu ze starszym wozem jest ogromny przeskok. To jest dużo mocniejsza maszyna – ocenia Kramarski.
Frez równo odcina materiał ze ściany silosu i ładuje go bezpośrednio do zbiornika. Eliminuje to potrzebę używania osobnej ładowarki. Cały proces – od pobrania kiszonki po zadanie TMR-u – wykonuje jedna maszyna.
Pierwszy Samojezdny wóz paszowy Strautmann Primus w Polsce
Trzy wozy w mniej niż 2 godziny
W Choszczewie-Kolonii przewaga samojezdnego systemu wynika również z organizacji zaplecza. Poszczególne komponenty znajdują się na trasie przejazdu maszyny, a część pasz podawana jest żmijkami sterowanymi za pomocą pilota.
Operator nie musi wysiadać z kabiny ani czekać na drugą osobę.
– W niecałe dwie godziny robię trzy wozy. Sam załadunek trwa nie więcej niż ok. 30 min. Komponenty są na żmijkach, tylko podjeżdżam i dosypuję. To jest największy plus samojezdnego wozu. Jeden człowiek bez problemu wszystko zrobi – podkreśla.
Silnik Iveco i ok. 13–14 l/h
Jednym z argumentów przemawiających za wyborem nowej generacji Strautmanna był silnik. Kramarski wcześniej testował poprzednika tej maszyny, ale nie odpowiadało mu jego zużycie paliwa. Nowy Primus otrzymał 6-cylindrową jednostkę Iveco o mocy 225 KM. Silniki tego producenta rolnik znał już z innych maszyn pracujących w gospodarstwie.
Od początku mierzył spalanie – tankował zbiornik do pełna, a następnie porównywał ilość zużytego paliwa z liczbą przepracowanych godzin. Przy normalnej pracy uzyskał wynik na poziomie ok. 13–14 l/h.
– Silnik pracuje zwykle przy ok. 1400–1500 obr./min, bez głupiego przeciążania. Mocy ma spokojnie wystarczająco, a spalanie jest dobre – ocenia.
Ponad rok oczekiwania i pierwszy egzemplarz
Wóz został zamówiony w lutym 2025 r., ale do gospodarstwa dotarł dopiero w marcu 2026 r. Pierwotnie miał pojawić się wcześniej, jednak termin przesunął się m.in. ze względu na problemy z dostępnością komponentów elektronicznych do nowej konstrukcji.
– Miał być prezent na Boże Narodzenie, a dotarł dopiero na Wielkanoc – żartuje Kramarski.
Długie oczekiwanie nie stanowiło większego problemu, ponieważ poprzednia maszyna nadal pracowała. Po dostawie Strautmanna została sprzedana na Podlasie z przebiegiem niespełna 6000 mth.
Bycie pierwszym nabywcą oznaczało również drobne niedogodności. Początkowo oprogramowanie było skonfigurowane w języku niemieckim. Później system zaktualizowano i pojawiła się możliwość wyboru innych języków, w tym polskiego.
– To jest właśnie minus pierwszego wozu – podsumowuje rolnik.
Szerszy frez, wysyp na obie strony i centralne smarowanie należą do rozwiązań, które miały duże znaczenie przy wyborze maszyny.
Kabina, smarowanie i codzienna obsługa
W nowym Strautmannie tradycyjne dźwignie zastąpiły terminal oraz programowalny dżojstik. Operator może przypisać poszczególnym przyciskom wybrane funkcje, np. sterowanie ślimakiem, frezem czy zasuwą.
Kramarski dobrze ocenia także widoczność z kabiny i komfort pracy operatora. Duża przednia szyba ułatwia manewrowanie między silosami i bramami, a jej pochylenie ogranicza osiadanie kurzu.
Codzienną obsługę ułatwia centralny układ smarowania.
– Praktycznie została mi jedna kalamitka, którą przesmarowuję raz w miesiącu – mówi.
Pozytywnie ocenia również układ oczyszczania powietrza. Maszyna ma system odsysania oraz funkcję odwracania obrotów wentylatora. Po kilku miesiącach pracy rolnik z ciekawości sprawdził filtr powietrza – był czysty.
AdBlue i DPF – tu są uwagi
Nie wszystkie rozwiązania Kramarski ocenia równie dobrze. Zbiornik AdBlue ma pojemność 20 l i zdaniem użytkownika jest zbyt mały. Płyn trzeba uzupełniać mniej więcej co dwa tygodnie, a czasami nawet częściej.
Po nieco ponad 320 godz. pracy trzykrotnie uruchomiła się również regeneracja filtra DPF. Rolnik stara się nie przerywać rozpoczętej procedury, nawet jeśli przygotowanie paszy zostało już zakończone.
Dotychczas nie pojawiły się poważniejsze awarie mechaniczne, choć nie obyło się bez problemu ze skrętną osią. Przyczyną usterki okazał się przetarty przewód.
300 l mleka więcej, ale bez prostych wniosków
Po zmianie wozu Kramarski zauważył wzrost dziennej produkcji mleka o ok. 300 l. Nie przypisuje jednak tej zmiany bezpośrednio nowej maszynie.
– To jest żywy organizm. Był skok mleka, ale ciężko powiedzieć, czy zrobił go wóz – zaznacza.
Wcześniej dla jednej grupy musiał przygotowywać jeden wóz rano, a drugi wieczorem. Teraz, dzięki większej pojemności, może przygotować pełną dawkę od razu rano. Trudno więc oddzielić wpływ struktury paszy od efektów wynikających ze zmiany organizacji żywienia.
Niezależnie od tego następnego ranka maszyna znów podjedzie pod silos. W gospodarstwie mlecznym wóz paszowy nie ma sezonu.