Jeden sprawdzony partner
Park maszynowy Grzywińskich jest wielomarkowy. Są w nim m.in. ciągniki Massey Ferguson 6490, Fendt 714, Massey Ferguson 5710 S, Lamborghini Grand Prix 90 pracujące przy wozie paszowym czy kombajn Claas Tucano 440. Taki zestaw nie jest przypadkiem.
– Nie szedłem stricte w jedną markę. Starałem się dobierać sprzęt tak, żeby pasował do mojego gospodarstwa i jakościowo też był dobry – tłumaczy właściciel.
Choć marki się zmieniały, w historii kolejnych inwestycji regularnie powtarzała się firma Agroperfekt z Kisielic. Współpraca zaczęła się na długo przed zakupem Dieci. Za pośrednictwem tego dilera do gospodarstwa trafiły m.in. 12-tonowy rozrzutnik obornika Joskin FertiCap, beczkowóz tej samej marki o pojemności 7000 l, mini-ładowarka Weidemann 1380, a także maszyny zielonkowe Pöttinger - zgrabiarka i przetrząsarka.
Wśród zakupów była też samozaładowcza owijarka McHale. Początkowo Grzywiński nie był do końca przekonany, czy takie rozwiązanie rzeczywiście jest mu potrzebne. Z czasem okazało się, że była to jedna z tych inwestycji, które bardzo szybko bronią się w codziennej pracy.
– To petarda. Do dziś każdy mówi, że to bardzo dobry był zakup. Nikogo nie potrzebujesz - sama załaduje, sama zrzuci belę, sama zapnie folię – mówi gospodarz.
Wcześniej przy owijaniu potrzebnych było kilka osób, więc korzyść nie sprowadzała się wyłącznie do wydajności maszyny, ale również do ograniczenia zapotrzebowania na pracę.
Za wieloma z tych decyzji stał Paweł Kotala, obecnie dyrektor handlowy w firmie Agroperfekt.
– Bardzo dobrze mi się z nimi współpracowało. Paweł mi dobrze doradzał, bo wiadomo, że w tamtych latach człowiek był jeszcze trochę „świeży” – wspomina Grzywiński.
Z czasem doświadczenia przybywało, a dostęp do opinii o sprzęcie stał się znacznie łatwiejszy, ale relacja z dilerem pozostała. Co istotne, gospodarz podkreśla, że również przy pozostałych kupionych tam maszynach nie było większych problemów wymagających poważnych interwencji serwisowych.
I to właśnie z tej wieloletniej współpracy wyrosła historia Dieci. Kiedy w gospodarstwie zaczęto myśleć o ładowarce teleskopowej, Kotala zaproponował test Dieci AgriStar. Maszyna zrobiła dobre pierwsze wrażenie, ale zakup nie nastąpił od razu. Decydujący impuls przyszedł później, wraz z propozycją wyjazdu do fabryki Dieci we Włoszech.
Fabryka przekonała do Dieci
Dziś obejrzenie produkcji przed zakupem maszyny może nie wydawać się czymś niezwykłym. W 2014 r. dla Grzywińskiego miało jednak duże znaczenie, bo Dieci pozostawało marką znacznie mniej znaną niż główni konkurenci.
– Jak zajechałem do tej fabryki, dopiero oczy otworzyłem. I jak przeszliśmy się po fabryce, zobaczyliśmy, jak i z czego powstają te maszyn, to dopiero mi się lampka zapaliła – wspomina.
Oczywiście znaczenie miała również cena. 12 lat temu różnica pomiędzy Dieci a najbardziej rozpoznawalnymi markami wynosiła ok. 50 tys. zł. Po obejrzeniu fabryki rolnik uznał, że nie widzi uzasadnienia dla takiej dopłaty.
– Pomyślałem: czemu mam przepłacać za markę? Świat należy do odważnych – mówi Grzywiński.
Tak w 2014 r. w Tropach Sztumskich pojawił się AgriPlus 40.74 PS. Maszyna była już wcześniej zamówiona przez dilera, dlatego gospodarz nie konfigurował jej od zera. I dziś właśnie w wyposażeniu widzi kilka rzeczy, które wybrałby inaczej.
Co się zepsuło, a co nadal działa?
AgriPlus dysponuje udźwigiem bliskim 4 t, który zdaniem użytkownika do dziś - podobnie jak i wysokość podnoszenia - całkowicie wystarcza do wykonywanych prac. Pod maską pracuje silnik Iveco o mocy 130 KM. Egzemplarz Grzywińskich nie ma AdBlue ani filtra cząstek stałych i właśnie jednostka napędowa jest jednym z najlepiej ocenianych podzespołów.
– Do silnika zero zastrzeżeń. Tyle lat i od wymiany do wymiany oleju nic – podkreśla rolnik.
Olej zmieniany jest mniej więcej co 300 h.
Najbardziej pracochłonne naprawy przez 12 lat były związane z przewodami hydraulicznymi prowadzonymi wewnątrz teleskopu. Dwukrotnie trzeba było wyjąć wewnętrzną część wysięgnika. Za pierwszym razem przewód puścił w miejscu ściskania, a po ok. dwóch latach sytuacja powtórzyła się z kolejnym.
– Najgorsze jest to, ile roboty potrzeba, żeby się do tego dostać. Pierwszy raz było ciężko, ale później serwisanci powiedzieli nam, gdzie wybić, co podstawić i jak wycofać ładowarkę. Za drugim razem było już łatwiej – mówi Grzywiński.
Od ostatniej takiej naprawy minęło ok. 4 lat.
Co ważne, lista poważnych usterek praktycznie na tym się kończy. Gospodarz podkreśla, że przez cały okres eksploatacji nie było problemów z pompą hydrauliczną czy elektrozaworami. Po latach zużyły się natomiast tuleje tylnego wahacza. Mimo że maszyna była regularnie smarowana ręcznie, trzeba było je wymienić. To doświadczenie sprawiło, że dziś Grzywiński nie zastanawiałby się nad jednym elementem wyposażenia.
– Jak jest możliwość, centralne smarowanie powinno być w każdej ładowarce. Moim zdaniem powinno być w standardzie – podkreśla.
Nie zrezygnowałby również z amortyzacji wysięgnika. Testowany przed zakupem AgriStar ją miał, AgriPlus - już nie.
– Jak się gdzieś przemieszczałeś, tam ramię ładnie pracowało. W mojej ładowarce wjedziesz trochę w dołek i od razu wszystko czuć – porównuje.
Słabszą stroną 12-letniego egzemplarza pozostaje też klimatyzacja. W upalne dni przez pierwszą godzinę działa prawidłowo, później jej wydajność spada. Grzywiński wiąże to z chłodnicą umieszczoną na dachu i niewielkimi wentylatorami. W 2026 r. ładowarka dostała ponadto komplet nowych opon, ponieważ dotychczasowe zaczęły pękać, szczególnie z przodu.