Opinie użytkowników

Optiagro więcej mocy bez wymiany ciągnika

Data publikacji:

Każdego dnia jeden z John Deere’ów Wojciecha Łuby staje przy mieszczącym 14 m³ wozie paszowym. Kiedyś przy ok. 4 t mieszanki już zaczynało brakować mu mocy. Dziś jednorazowo miesza prawie 6 t, choć ciągnik pozostał ten sam. Ta historia dobrze pokazuje sposób, w jaki rozwija się gospodarstwo w Kałęczynie-Walochach na Podlasiu. Są tu genomowanie, embriotransfer, automatyczny dój i wentylacja reagująca na indeks THI, ale nie ma potrzeby kupowania maszyny do każdej pracy. Wojciech Łuba lubi technologię, ale jeszcze bardziej lubi wiedzieć, po co za nią płaci.

    Optiagro więcej mocy bez wymiany ciągnika

Rodzinne gospodarstwo Łubów jest w Kałęczynie-Walochach udokumentowane od 1750 r. Jego współczesny rozdział rozpoczął się jednak w 2007 r., kiedy Wojciech Łuba wraz z żoną, po ukończeniu studiów, przejęli ok. 30 ha i około 60 zwierząt. Dziś stado liczy ok. 240 szt., a obok produkcji mleka drugim ważnym kierunkiem stała się hodowla.

Rolnik wcześnie zainteresował się genomowaniem. Początkowo badał pojedyncze zwierzęta, ale od 5 lat genomowane są wszystkie nowo narodzone sztuki. 

– Na tej podstawie mogę wyłapać najwartościowsze sztuki pod względem hodowlanym i właśnie na nich koncentrować dalszą pracę – mówi.

Kolejnym krokiem był embriotransfer, pozwalający szerzej wykorzystywać najlepszą genetykę. Efekty tej pracy widać w krajowych rankingach CGEN, gdzie zajmuje miejsce na podium. Gospodarstwo sprzedaje także buhaje stacjom hodowli i rolnikom indywidualnym. Zwierzęta od kilku lat pojawiają się również na wystawach w Szepietowie, gdzie gospodarstwo zdobyło dwa tytuły championa na wystawach regionalnych oraz wiceczempiona na tegorocznej wystawie krajowej.

Właśnie dlatego Łuba nie zamierza szybko zapełniać oddanej do użytku w 2025 r. nowej obory wolnostanowiskowej (wyposażona w 2 roboty udojowe, robot do czyszczenia rusztów i do podgarniania paszy - przyp. red.) zwierzętami kupowanymi z zewnątrz. Obecnie znajduje się w niej ok. 120 krów dojnych, docelowo ma być ich ok. 140-150, ale brakujące miejsca będą stopniowo zajmować sztuki z własnego stada. 

– Dużo pieniędzy, czasu i pracy włożyłem w to, żeby to stado było takie, jakie jest. Chodzi nie tylko o genetykę, ale także o zdrowotność i ograniczenie ryzyka zawleczenia chorób – podkreśla rolnik. 

Ma to szczególne znaczenie w gospodarstwie sprzedającym materiał hodowlany. Sama wielkość obory również nie została wybrana przypadkowo. Punktem wyjścia była baza paszowa. Łuba chciał utrzymywać tyle zwierząt, ile będzie w stanie wyżywić z własnych gruntów (ponad 110 ha), pozostawiając jeszcze niewielki margines bezpieczeństwa. Ponad 40 ha zajmują trwałe użytki zielone, ok. 46 ha kukurydza, a ok. 25 ha zboża. Dziś praktycznie cała produkcja roślinna podporządkowana jest żywieniu bydła.

Nowy budynek zmienił przy tym nie tylko skalę, ale również organizację pracy. Oborę wyposażono w automatyczny system udoju oraz wentylację, której wydajność zmienia się wraz ze wzrostem indeksu THI, określanego na podstawie temperatury i wilgotności. Według Łuby system nie tylko miesza powietrze pod dachem, ale wywołuje intensywny ruch w strefie przebywania zwierząt. Po pierwszym gorącym lecie, gdy temperatura dochodziła według gospodarza do ok. 40°C, rozwiązanie ocenia bardzo dobrze.

– Tu wchodzimy jak do klimatyzowanego pomieszczenia. Te wentylatory naprawdę krowy chłodzą. Wentylacja pracuje automatycznie, a jej działanie można kontrolować również przez aplikację – mówi.

Maszyna musi mieć pracę

Rosnące stado oznacza coraz więcej paszy, a więc również więcej pracy na polach. Nie oznacza jednak automatycznie większej liczby maszyn. 

– Staram się racjonalnie inwestować, żeby każda maszyna, która jest w gospodarstwie, była dobrze wykorzystana – tłumaczy Łuba.

Dlatego współpracuje z dwoma usługodawcami. Jeden wykonuje siew zbóż i kukurydzy, zbiera zboża i kukurydzę na ziarno, a w razie potrzeby wykonuje również opryski. Drugi sieczkarnią zbiera trawy oraz kukurydzę na paszę. Przy produkcji mleka termin zbioru ma bezpośrednie przełożenie na jakość materiału trafiającego do silosu, w tym zawartość białka i strawność.

Łuba sprawdził kiedyś, czy nie lepiej wykonywać zbiór samodzielnie. Testował przyczepę zbierającą, ale produkcja zwierzęca szybko zweryfikowała ten pomysł. Wystarczy cielenie, przyjazd lekarza weterynarii czy inna sytuacja przy stadzie, aby zaplanowany na 7 rano wyjazd w pole przesunął się o kilka godzin. Woli więc umówić usługodawcę niż inwestować duże pieniądze w maszynę potrzebną przez kilka dni w roku.

To, co pracuje regularnie, zostaje jednak na podwórku: dwa John Deere’y - 6830 Premium i 6090 RC, starszy Zetor, ładowarka teleskopowa Bobcat, dwie kosiarki - czołowa i boczna - zgrabiarka, beczkowóz, opryskiwacz, rozsiewacz nawozów oraz podstawowe maszyny uprawowe, w tym agregat ścierniskowy, pług i agregat uprawowy.

Własny sprzęt ma więc sens tam, gdzie można go rzeczywiście wykorzystać. Dlatego planowana jest wymiana starszego rozsiewacza nawozów na maszynę wyposażoną w wagę i współpracującą z GPS. Tu inwestycja ma służyć zwiększeniu precyzji nawożenia. Najlepszym przykładem tej filozofii pozostaje jednak ciągnik pracujący przy wozie paszowym. Tego zadania nie można zlecić ani przesunąć na kolejny dzień.

Zamiast wymieniać ciągnik, zmienili jego parametry

Wykorzystywany w Kałęczynie-Walochach zaczepiany wóz paszowy RMH Mixell 14 każdego dnia przygotowuje trzy, a czasami cztery zbiorniki TMR-u. Współpracujący z nim John Deere 6090 RC wykonuje rocznie ok. 750-800 mth, a poza żywieniem pracuje także w transporcie, przy zwożeniu bel i ze zgrabiarką.

Wraz ze wzrostem stada rosła jednak ilość przygotowywanej paszy. Według Wojciecha Łuby początkowo ciągnik dysponował mocą ok. 90 KM i przy ok. 4 t mieszanki zaczynał wyraźnie odczuwać obciążenie.

– Czułem brak mocy przy załączaniu. Wystarczył lekki podjazd i już czułem obciążenie – wspomina.

Ciągnik była jednak sprawny. Zamiast więc wymieniać go na większy, Łuba zwrócił się do firmy Optiagro. Według jego relacji moc zwiększono z ok. 90 KM do ok. 120 KM. W chwili modyfikacji ciągnik miał ok. 6500 mth, dziś licznik wskazuje ok. 8000 mth. Najbardziej wymowne porównanie daje jednak nie licznik, lecz sam paszowóz. 

– Diametralnie jest to inny ciągnik. W tej chwili przygotowuję jednorazowo prawie 6 ton paszy i ciągnik tego nie odczuwa – ocenia Łuba.

Optiagro rozpoczyna pracę od pomiaru parametrów konkretnej maszyny. Następnie odczytywany jest plik ze sterownika i na jego podstawie przygotowywane jest zmodyfikowane oprogramowanie, które trafia z powrotem do technika i jest wgrywane do ciągnika. Firma tłumaczy, że nawet dwa egzemplarze tego samego modelu po kilku tysiącach motogodzin mogą pracować inaczej, dlatego program przygotowywany jest pod konkretną maszynę.

Standardowo procedura trwa do ok. 2 h., choć problemy z komunikacją ze sterownikiem lub synchronizacją mogą ją nieco wydłużyć. Podstawowym warunkiem jest elektroniczny sterownik umożliwiający odczyt i przeprogramowanie - w starszych, czysto mechanicznych konstrukcjach taka modyfikacja nie jest możliwa.

Co ważne, przedstawicielom Optiagro nie chodzi o uzyskanie możliwej maksymalnej mocy. Deklarowany przyrost ograniczają do ok. 25% parametrów wyjściowych. Większe zmiany oznaczałyby wzrost obciążenia silnika i jego osprzętu, w tym ryzyko problemów związanych z temperaturą pracy.

A wracając do Wojciecha Łuby, skoro podniesienie parametrów w „jelonku” z oznaczeniem 6090 RC się powiodło, przyszła pora na drugiego John Deer`a. Model 6830 Premium został przez niego kupiony jako używany z przebiegiem ok. 7000 mth, dziś pracuje m.in. z beczkowozem o pojemności 20 m³ i wykonuje ok. 1000 mth rocznie. I w tym przypadku przedstawiciele firmy określają zmianę parametrów na optymalnym poziomie 25%.

Przy modyfikacji silnika szybko pojawia się również pytanie o paliwo. Większa dostępność mocy i momentu przy niższych obrotach może w określonych warunkach ograniczyć zużycie paliwa. Łuba nie podaje jednak żadnej wartości.

– Nie mierzyłem nawet. Wcześniej robiłem jeden paszowóz, a teraz robię cztery – kwituje krótko.

I właśnie dlatego nawet nie próbuje porównywać spalania. Zmieniły się obciążenie, ilość przygotowywanej paszy i liczba cykli, więc wynik nie byłby miarodajny. Dla gospodarza ważniejsze jest to, że po ok. 1500 mth od modyfikacji ciągnik nadal wykonuje swoją codzienną pracę. Nie zmienił również dotychczasowych zasad obsługi serwisowej.

Najpierw rachunek, później inwestycja

Podobny sposób myślenia widać właściwie w każdym miejscu gospodarstwa. Genomowanie ma pomagać wybierać najlepsze zwierzęta. Embriotransfer - wykorzystywać ich potencjał. Automatyczny dój zmienia organizację pracy, a wentylacja reaguje na warunki w oborze. Jeśli natomiast maszyna miałaby pracować przez kilka dni w roku, Łuba wybiera usługę. Jeśli sprawny ciągnik zaczyna być za słaby do nowego zadania, nie oznacza to automatycznie zakupu kolejnego.

Tak samo patrzy na ziemię. Za racjonalną dla swojego gospodarstwa uważa cenę do ok. 100 tys. zł/ha, podczas gdy - jak mówi - zdarzają się transakcje sięgające 300 tys. zł/ha. Przy takich wartościach trudno mu znaleźć ekonomiczne uzasadnienie zakupu. Tym bardziej że gospodarstwo ma za sobą dużą inwestycję w nową oborę, która nie osiągnęła jeszcze pełnej obsady, a zobowiązania trzeba już spłacać.

Od 2007 r. skala produkcji zmieniła się wielokrotnie. Została jednak zasada, według której Łuba podejmuje kolejne decyzje. 

– Trzeba do tego podchodzić racjonalnie, wiedzieć, jaki kierunek się obiera, bo nie można skakać z kwiatka na kwiatek – podsumowuje. 

 

Grzegorz Antosik

Grzegorz Antosik

Redaktor naczelny atr express

Chcesz dowiedzieć się więcej? Czytaj atr express - zamów:

Bezpłatny egzemplarz Prenumeratę

YouTube atrexpress

zobacz więcej

Valtra Serie N 135 w rodzinnym gospodarstwie Państwa Pszonka! #valtra #atrexpress #rolnictwo


On 'Play' external media is loaded and the privacy policy of YouTube applies

Pokaz systemu TIM w Braszowicach!


On 'Play' external media is loaded and the privacy policy of YouTube applies

Bądź na bieżąco! Zapisz się do newslettera