Artykuł

Dobra karma od Trioliet

Dobra karma od Trioliet

Do grona najpopularniejszych wozów paszowych holenderskiej firmy Trioliet na rynku polskim bez wątpienia można zaliczyć maszyny z serii Triomix. Samozaładowcza maszyna tego typu - Triomix 2-1200 pracuje m.in. w gospodarstwie rolnym Kazimierza Żebrowskiego w podpoznańskiej miejscowości Klony.

Leżące niedaleko Kostrzyna Wielkopolskiego gospodarstwo hodowlane ma powierzchnię ok. 200 ha, z czego do Kazimierza Żebrowskiego należy jedynie 16 ha - reszta to dzierżawy, głównie od ANR. Trudno powiedzieć, iż gleby skłaniają do prowadzenia intensywnej gospodarki roślinnej - wskaźnik bonitacji wynosi jedynie 0,7.

– Podstawą mojej działalności jest zatem mleko - średnio na stanie jest 110 krów mlecznych. I jeśli chodzi o uprawy, to jest jakieś 65 ha zielonek - lucerny, łąk i trawy, około 65 ha kukurydzy i 65-75 ha zbóż - m.in. pszenicy, w której rozliczam czynsz dzierżawny z ANR. Produkcja mleka początkowo oparta była na krowach HF, ale kiedy mój siostrzeniec likwidował stado krów rasy Montbeliarde, zdecydowałem się przed trzema laty postawić właśnie na krzyżówkę tych dwóch ras, co w mojej opinii daje najlepsze efekty – uważa Kazimierz Żebrowski.

– Oczywiście najlepsze efekty jednostkowe w produkcji mleka daje HF, ale ma jedną podstawową wadę - bardzo krótką żywotność. Uważam, że do takich wydajności trzeba być odpowiednio przygotowanym, co w naszych realiach jest bardzo trudne. Jak możemy się równać z hodowcami amerykańskimi, którzy mają wydajność 13-15 tys. litrów od krowy, gdy zbierają 5-7 razy lucernę w ciągu roku, a my w najlepszym przypadku - jedynie 4-5 razy? I choć jest możliwe dojście do poziomu 10-12 tys. litrów rocznie, jednak dzieje się to kosztem zdrowotności stada. Uzyskiwane teraz wyniki mnie satysfakcjonują - produkcja mleka jest poziomie 7,5-8 tys. l, ale krowy są o wiele zdrowsze – dodaje hodowca.

Życie na dzierżawach

Problemów w codziennym funkcjonowaniu gospodarstwa nie brakuje, a wśród nich są chociażby stale rosnące koszty pracy i spadająca opłacalność produkcji rolniczej. Najważniejszym jednak wydaje się atmosfera tymczasowości wynikająca z faktu, że rolnik opiera swoją działalność o grunty nie będące jego własnością.

– Mam umowę z ANR na jeszcze 4 lata, dlatego też jestem realistą i nie porywam się z motyką na słońce. Dlatego też np. jeśli chodzi o ciągniki, to opieram się o dość leciwe Ursusy, z którymi tak pod względem eksploatacji, jak i serwisu radzą sobie operatorzy zatrudnieni w gospodarstwie. Podstawowym ciągnikiem jest Ursus 1224 z 1987 r., który pracuje rocznie po 600-700 mth, a ważną rolę odgrywa też Ursus 904 z „turem”, który codzienne zajmuje się wypychaniem obornika z obory wolnostanowiskowej i wykorzystywany jest też do transportu balotów, podobnie jak warta każdych pieniędzy ładowarka teleskopowa JCB 526. Są jeszcze dwa małe Massey Fergusony i „sześćdziesiątka”. Moim zdaniem te ciągniki jeszcze przez kilka lat wytrzymają, a jeśli już musiałbym decydować się na jakieś inwestycje, to raczej pomyślałbym o zakupie nowego sprzętu do zbioru zielonek - na dziś opiera się on o kosiarkę i zgrabiarkę Krone, kosiarkę Kverneland czy prasę z Famarol-u – tłumaczy rolnik.

– Uważam jednak, że jestem w wystarczającym stopniu usprzętowiony i samowystarczalny, poza zbiorem zbóż i kukurydzy - w tym przypadku postawiłem na usługi sąsiedzkie wykonywane kombajnem Deutz-Fahra i 6-rzędową sieczkarnią John Deere, bo zakup maszyn tego typu w moim przypadku jest zbyt drogi...

Chcesz dowiedzieć się więcej? Czytaj atr express 03/2020 - zamów:

bezpłatny egzemplarz lub prenumeratę

    


Reklama
Powiązane artykuły