Ambasadorowie marki

Ambasadorowie marki

Dobre doświadczenie z produktami konkretnych marek znaczone kolejnymi zakupami maszyn z tym samym znakiem - oto marzenie każdego dystrybutora techniki rolniczej.

Oczywiście możliwe do zrealizowania, o czym przekonuje wiele przykładów gospodarstw z całego kraju - poniżej kilka z nich, z którymi rozmawiała redakcja atr express.

Dziesięć lat z Valtrą

Przygoda z marką Valtra w 70-hektarowym gospodarstwie Piotra Winiarskiego z wielkopolskiego Mieleszyna zaczęła się w 2007 r. – Do tej pory byłem zakochany w Fendtach - wcześniej przewinęły  się cztery ciągniki tej marki. Przed dziesięcioma laty zdecydowałem się jednak na Valtrę - chciałem kupić ciągnik z serii A, ale doradzono mi wybór modelu N91, ciągnika z większym udźwigiem, bardziej komfortową kabiną i amortyzowaną osią – wspomina Piotr Winiarski. Ciągnik Valtra N91 został zakupiony z myślą o współpracy z opryskiwaczem o pojemności 1600 l i rozsiewaczem mieszczącym 500 kg nawozu. Życie szybko jednak zweryfikowało te plany. – Skoro ma on 100 KM, 4 cylindry i mocny podnośnik, więc zahaczyłem 3-metrowy zestaw siewny, opryskiwacz zmieniłem na większy - ze zbiornikiem 3200 l i belką 21 m, podobnie jak rozsiewacz, który mieści teraz 1,5 tony nawozu. Po drodze rozsypał się stary Fendt 515 z „turem”, więc zdarzyło się wykonywać również zimowe orki 4-skibowym pługiem Kverneland EM-100, jednak bez pakomatu. Przetestowałem w nim zużycie paliwa, które nie jest wielkie - z tym właśnie pługiem to około 14 l/ha. To jest doceniany ciągnik, który robi praktycznie wszystko i przepracował dotychczas 5500 mth, a co do jego specyfikacji, najbardziej żałuję braku przedniego TUZ-a – recenzuje Piotr Winiarski.
Potrzeba zakupu kolejnego ciągnika w gospodarstwie Piotra Winiarskiego pojawiła się w zeszłym roku. Rolnik stanął przed dylematem, czy jeszcze raz postawić na ciągnik marki Valtra. Dotychczasowe doświadczenia były jednak pozytywne. – N91 to ciągnik prosty, po 10 latach mogę do niego podejść i naprawić. Z usterek - rolka napinacza paska od sprężarki. Podstawową sprawą jest jednak regularne serwisowanie - wymiany olejów, filtrów dokonuję co 500 mth. Postawiłem na drugą Valtrę, a przy okazji „dozbroiłem” ciągnik N91 - w dwa dodatkowe wyjścia hydrauliczne i obroty wałka 1000 obr./min
– śmieje się pan Piotr. Ze względu na zapotrzebowanie mocy agregatu pojawił się popokazowy ciągnik T234, zakupiony w firmie Agrom Pruchniewski z nieodległego Łubowa.

Przyczepy dwie, jeden rozrzutnik

Gospodarujący wraz z synami na ponad 450 hektarach Ireneusz Chróst z miejscowości Kamionka na Mazowszu preferuje technikę z najwyższej półki. W tym przekonaniu utwierdzają go użytkowane w gospodarstwie maszyny - w tym rozrzutnik obornika PS 2401, przyczepa zbierająca Tera-Vitesse 4601 DO i wóz paszowy Verti Mix 2000 Double firmy Strautmann.
Przygoda rolnika z marką Strautmann zaczęła się 15 lat temu, kiedy Ireneusz Chróst zakupił wycinak do kiszonki z… SGGW. Już wtedy przekonał się do solidnych i trwałych rozwiązań, w związku z czym przy zamianie wozu paszowego na większy w 2012 r. postawił na maszynę produkcji niemieckiej - model Verti Mix 2000 Double, który dostał za zadanie przygotowanie i zadawanie pasz dla stada liczącego 400 sztuk bydła, w tym 200 krów dojnych. – Duży wóz wybrałem głównie ze względu na duże zapotrzebowanie stada na paszę. Z wozem Strautmanna nie ma problemów. Pracuje szybko, a o stan paszy nie muszę się w ogóle obawiać. Bardzo dobrze miesza, a przy tym jest bardzo solidnie wykonany. Na jednych nożach przepracowałem 3 lata – twierdzi rolnik.
Kiedy w gospodarstwie Ireneusza Chrósta podjęto decyzję o przejściu na technikę zbioru w oparciu o przyczepy zbierające, zdecydowano też, że w jednym rzucie zakupione zostaną dwie maszyny tego typu. Tak oto do Kamionki przyjechały dwie przyczepy zbierające Strautmann Tera-Vitesse CFS 4601 DO o pojemności 44 m³ (DIN), mieszczące przy średnim zagęszczeniu 83,6 m³ podsuszonej zielonki. – Testowaliśmy przyczepy różnych producentów, ale maszyna Strautmanna okazała się najlepsza, tak jeśli chodzi o jakość cięcia, jak i solidność wykonania – zauważa Ireneusz Chróst.
Bardzo dobrym zwieńczeniem parku maszynowego „made in Strautmann” jest rozrzutnik obornika PS 2401, który trafił do gospodarstwa przed bieżącym sezonem - ma dopuszczalną masę całkowitą 24 t i mieści 21 m³ obornika. – W naszym gospodarstwie jest to bardzo ważna maszyna, bo przy takiej ilości bydła mamy prawdziwą fabrykę obornika. Mamy też lżejszy, jednoosiowy rozrzutnik Jeantil, ale tym razem zdecydowaliśmy się na Strautmanna, który wyróżnia się bardzo dobrą jakością pracy, dużym rozrzutem, a także rozdrobnieniem obornika - maszyna radzi sobie bez żadnych problemów również z materiałem długosłomiastym. Jeśli chodzi o wydajność, dla przykładu, ostatnio w ciągu 4 h rozwieźliśmy nim 95 ton wapna – przekonuje rolnik.

Kwartet z jednej ręki

Często spotykanym obrazkiem w wielu gospodarstwach rolnych jest kilka maszyn tej samej marki, co stanowi najlepszy dowód na to, że sprzęt ten bardzo dobrze się sprawdza. Tak jest też w przypadku ładowarek Wojciecha Nowińskiego z miejscowości Radunek koło Strzelna w Kujawsko-Pomorskiem, użytkownika teleskopowych modeli Manitou MT 732, MLT 735 i MVT 730, którym towarzyszy niewielki przegubowy Mustang AL 306, reprezentujący również stajnię Manitou. Wojciech Nowiński, wraz z ojcem Andrzejem i wujem Kazimierzem prowadzą gospodarstwo o powierzchni 880 ha, specjalizujące się w hodowli drobiu rzeźnego. Drób hodowany jest w 22 kurnikach (w m. Radunek i Kuśnierz) spełniających wyśrubowane normy, a produkcja to 850 tys. sztuk na jeden rzut.
O przypadku przy wyborze ładowarek Manitou nie może być mowy, bo rolnik już do pierwszego zakupu w 2006 r. podszedł z dużą rozwagą. Po wcześniejszym nieudanym podejściu pod zakup maszyny używanej innej marki, w gospodarstwie w Radunku pojawił się model MT 732, o udźwigu 3,2 t i maksymalnej wysokości podnoszenia 6,9 m. Bezawaryjna eksploatacja pierwszej ładowarki sprawiła, że wybór kolejnych maszyn dla gospodarstwa państwa Nowińskich nie spędzał snu z powiek. Rolnikowi tak przypadł do gustu posiadany model, że w 2012 r. postanowił kupić taki sam. – Ładowarka ta przez pierwsze miesiące praktycznie nie gasła - w dwa miesiące przepracowała 600 mth! Szybko okazała się sprzętem niezastąpionym, również w pracach budowlanych - zdarzało nam się zrywać nią nawet ziemię czy beton – wspomina użytkownik. Park maszynowy Manitou wzbogacił się w 2015 r. o ładowarkę MLT 735 o udźwigu 3,5 t i wysokości podnoszenia 7 m, wyposażoną już w pompę wielotłoczkową zamiast zębatej, co zdaniem pana Wojciecha jest dużym atutem, zwłaszcza przy załadunku słomy. – Na początku br. doszliśmy do wniosku, że trzeba najstarszą „732-kę” z przebiegiem 9500 mth zamienić na nieco mniejszą maszynę - MVT 730. Równolegle zakupiliśmy piątą maszynę w firmie Hitmasz - 2,5-tonową ładowarkę przegubową Mustang AL 306 – mówi Wojciech Nowiński.
Ładowarki teleskopowe zwykle nie mają czasu na odpoczynek - wykorzystywane są głównie do cięższych zadań, takich jak wywózka obornika z kurników w przerwach między cyklami produkcyjnymi, poza tym bardzo dobrze sprawdzają się w polu, przy zbiorze i zwózce bel słomy, a także przy obsłudze zaplecza magazynowo-suszarniczego. Rzecz jasna, maszynom Manitou nie są obce wszelkie prace porządkowe, ziemne czy budowlane, związane m.in. z rozbudową zaplecza inwentarskiego - wykorzystywane są w zakresie 1000-1300 mth rocznie. Ładowarkowy park w gospodarstwie uzupełnia przegubowy Mustang 306, również z oferty firmy Manitou, choć wcześniej w gospodarstwie testowany był nieco większy model 406. – Ta ładowarka nie została w gospodarstwie, bo ograniczała nas wielkość kurników. Z kolei model AL 306 jest dla nas optymalny, choć nawet i tutaj trzeba było zdjąć światła robocze i pałąk ochronny. Są karmidła, paszociągi, różne przewody - na wysokości jedynie 1,8 m. Ładowarka na szerokich kołach pracuje przy wypychaniu obornika - pomaga w tym ładowarkom Manitou w większych kurnikach, pracując przy ścianach, a także w rozwożeniu słomy, pracach porządkowych. Osprzęt roboczy to obecnie łyżko-krokodyl, łyżka, paleciak i widły - planowany jest też zakup zamiatarki – zauważa rolnik.
Plusem jest, rzecz jasna, praktycznie niezawodność tych maszyn - usterki techniczne stanowią w sumie niewielki problem, skoro do największych trzeba zaliczyć kłopot z nagrzewnicą w klimatyzacji czy wymianę sworzni i tulejek, wykonaną po… 5100 mth. Jest to oczywiście nierozerwalnie związane z właściwą obsługą maszyn ze znakiem Manitou i Mustang. – Sami robimy przeglądy, części zamienne zamawiamy przez telefon i przyjeżdżają kurierem. Maszyny są regularnie smarowane, przeglądy są na mojej głowie, wykonywane są co 300 mth, choć katalogowo powinny być robione co 500 mth. Materiały eksploatacyjne - filtry, oleje, są oryginalne – przekonuje Wojciech Nowiński.

Szybki i skrętny

W polskim rolnictwie marka JCB utożsamiana jest przede wszystkim z ładowarkami teleskopowymi. Żółte maszyny mniej kojarzą się natomiast z ciągnikami. Mimo tego nie trzeba daleko szukać, aby znaleźć zadowolonych użytkowników brytyjskich Fastrac’ów. Jednym z nich jest Krzysztof Balcerek z Grodziska Wielkopolskiego, który wraz z ojcem prowadzi 170-hektarowe gospodarstwo. W parku maszynowym Krzysztofa Balcerka znajduje się ciągnik Fastrac 2170. – Ciągnikami Fastrac interesowałem się już za czasów studiów. Gdy w 2011 r. postanowiłem rozpocząć działalność usługową, bez wahania zdecydowałem się na Fastrac’a z serii 2000, którego kupiłem w  firmie Gałkowski – mówi Krzysztof Balcerek.
Ciągnik na co dzień wykorzystywany jest w transporcie rolniczym do przewozu m.in. zboża i rzepaku (do pobliskiego młyna) oraz bel słomy. – Maszyna jest bardzo szybka - może poruszać się maksymalnie z prędkością 60 km/h. Jest też dobrze zamortyzowana. Przednia oś posiada amortyzację na sprężynach zwojowych, natomiast tylna hydropneumatyczną. Ciągnik został wzięty w wersji Plus. Posiada m.in. skrętną tylną oś, dzięki której jest bardzo zwrotny, mimo tego, że tył oferuje jedynie połowę skrętu przedniej osi – tłumaczy rolnik.
Użytkownik bardzo ceni tryby jazdy oferowane przez maszynę. – Prócz transportu płodów rolnych, ciągnik wykorzystuję również do pracy z siewnikiem Kuhn Combiliner Integra GII, nabudowanym na 4-metrowym kultywatorze CD 400. W tym zestawie, z przodu ciągnika pcham również wał Campbella o szerokości 4 m. Bardzo dobrze sprawdza się wtedy drugi program polegający na tym, że skręt tylnej osi załącza się dopiero po przekroczeniu 50% skrętu przedniej osi. Jest to duże ułatwienie, ponieważ kultywator porusza się równo za ciągnikiem i nie ma problemu z lekką korektą toru jazdy. Natomiast na uwrociach, gdy załączy się tylna oś, zyskuje się dużą zwrotność. Jest jeszcze trzecia możliwość jazdy, w czasie której przednia i tylna oś skręcają się w takim samym zakresie. Pozwala to na jazdę ciągnikiem w jednym śladzie – wyjaśnia gospodarz.
W standardzie ciągnik oferuje moc maksymalną 178 KM. – Jednak po około roku użytkowania maszyny zdecydowałem się na tuning silnika, tak aby dopasować swoje wymagania pod transport. Skłonił mnie do tego przede wszystkim zbyt wysoko dostępny maksymalny moment obrotowy, osiągany przy 1500 obr./min. Obecnie maszyna ma około 30 koni więcej, a maksymalny moment obrotowy osiągany jest już przy około 1200 obr./min. Dynamika jazdy jest zupełnie inna. Wcześniej można powiedzieć, że ciągnik był… „mdły” w momencie spadku obrotów, więc trzeba było redukować biegi. Teraz, nawet gdy się przydusi, to mimo wszystko jedzie. Dodatkową korzyścią po zabiegu jest zauważalna oszczędność paliwa podczas pracy z kultywatorem zużycie jest na poziomie około 1-1,5 l/ha – przekonuje Krzysztof Balcerek. Rok po zakupie ciągnika Fastrac Krzysztof Balcerek zdecydował się również na ładowarkę teleskopową JCB 526-56 Agri Plus.

Grzegorz Antosik


Reklama
Powiązane artykuły